Amritsar – miasto Złotej Świątyni

Amritsar był moją kartą przetargową przy planowaniu wyjazdu do Indii. Ta podróż miała być we dwójkę, ze znajomym, jeszcze bardziej ode mnie zapalonym na jeżdżenie po świecie. Indie były na jego i mojej liście krajów do odwiedzenia, więc kiedy powiedział, że się tam wybiera, stwierdziłam, że pojedziemy razem!

Amritsar – święte miejsce Sików

Ale dla mnie to właśnie miasto było numerem jeden. Miejscem, które musiałam zobaczyć. Nieważne, że wcale nie było blisko do pozostałych miast, które planowaliśmy i trzeba było odbić na północ, pod samą granicę z Pakistanem…

W Amritsarze znajduje się najświętsze miejsce sikhów. Tych, którzy od razu rzucają się w oczy dzięki swoim barwnym turbanom, gdziekolwiek ich się nie spotka. Kolejna intrygująca religia monoteistyczna, nie bardzo znana w naszym kraju.

Na miejscu miałam się przekonać, że sikhowie wyróżniają się nie tylko w Europie. Także w Indiach – kraju, skąd pochodzą, na tle pozostałych religii, szczególnie hinduizmu i islamu są mentalnie zupełnie gdzieś indziej. Powoduje to, że ich świątynie są oazą pośród wszechogarniającego chaosu.

Ale w Indiach nic nie jest takie łatwe i oczywiste, jakby się mogło wydawać. Wieczór przed wyjazdem do Amritsaru obydwoje złapaliśmy słynne Delhi belly, czyli zatrucie pokarmowe. Ja niestety dużo gorsze. Na nic zdało się uważanie na to co i gdzie jemy, zamawianie tylko długo gotowanych potraw, w miejscach wyglądających czysto, gdzie jedzą też ludzie poza nami, zero street food itd.

Cudowna masala chai, która ratowała mi życie w pociągu Delhi-Amritsar.

Wymiotowałam całą noc i zastanawiałam się, czy zamiast do pociągu nie pojadę do szpitala… Ale udało mi się jakoś doczołgać rano na stację kolejową, a masala chai z herbatnikami, na które odważyłam się dopiero gdzieś w połowie drogi, dodał mi trochę energii. Podróż z New Delhi do Amritsaru trwa siedem godzin, jadąc można zobaczyć spory kawałek zielonego Pendżabu – żyznego regionu rolniczego Indii. Przepięknie wyglądały zielone pola w porannej mgle.

Moja wizyta a Amritsarze

Dworzec w tym mieście w porównaniu z delhijskim jest bardzo kameralny. I nie ma się co dziwić, samo miasto ma trochę ponad milion mieszkańców. Bagatela… New Delhi ma blisko dwadzieścia.

Zaprawieni w bojach po dwóch dniach w stolicy, szybko złapaliśmy motorikszę, która dowiozła nas w okolice Złotej Świątyni. Tak blisko, jak tylko to tylko było możliwe. Budynek, w którym spaliśmy okazał się nowy, stąd niższa cena… Jak szybko się zorientowaliśmy, nie wszystko w pokoju było wykończone. Na przykład łazienka, z pięknymi kafelkami, wszystko super, czyściutko. Niestety prysznic jeszcze nie podłączony… Dlatego postawiono wiadro. Ot, taki lokalny folklor…

Zresztą te wiadra, jak mieliśmy się przekonać podczas naszej dalszej podróży, stanowiły nieodłączny element łazienek we wszystkich praktycznie miejscach. Natomiast była dostępna ciepła woda, co jak się jeszcze mieliśmy przekonać, nie zawsze jest takie oczywiste.

Nie tracąc czasu, poszliśmy rozeznać okolicę. Pierwsze, co mnie uderzyło, to czystość. Co prawda miałam za sobą tylko Delhi, ale po wszystkich miejscach, które zobaczyłam również później, tym dobitniej widać różnicę. Sikhowie przykładają wielką wagę do czystości. Wnętrze świątyni po prostu lśni, nie miałam absolutnie żadnych oporów, żeby wejść tam na boso, czego nie mogę powiedzieć o pozostałych (hinduistycznych i muzułmańskich) miejscach kultu w Indiach.

Złota Świątynia

Przed wejściem na jej teren przechodzi się przez płytki brodzik z płynącą wodą, zamiast obmywać nogi – pomysłowy wynalazek. Wewnątrz niektóre fragmenty białej, marmurowej posadzki są podgrzewane od spodu, przypuszczam, że tylko zimą.

Wchodząc na teren świątyni, zarówno mężczyźni, jak i kobiety zakrywają głowę. Sikhowie noszą wspomniane już turbany, ale jeśli panowie nie mają nic ze sobą, dostają niewielką pomarańczową bandamkę do zawiązania na głowie. Zresztą sikhizm jest religią dosyć egalitarnie z założenia traktującą swoich wyznawców, gdzie kobietom, już w momencie jej powstania nadano równe prawa jak mężczyznom. Ważne jest też podejście do sposobu życia, które sprawiło, iż wyznawcy tej religii tak odróżniają się tutaj np. od hinduistów. Otóż sikh ma obowiązek utrzymywać się z pracy swoich rąk. Bardzo ważna jest dla nich także edukacja. Z tego powodu w zasadzie od momentu powstania religii jej wyznawcy dochodzili często do wysokich stanowisk w administracji.

Złota świątynia w Amritsarze
Złota świątynia nocą robi niesamowite wrażenie. Na moście, łączącym ją z brzegiem kolejka wiernych oczekujących na wejście do środka.

Oprócz czystości dla mnie uderzająca była atmosfera otwartości i spokoju panująca na terenie świątyni. Zresztą takie podejście jest bardzo charakterystyczne dla tej religii. Wszyscy są mile widziani w Złotej Świątyni, bez względu na wyznanie. Symbolicznie wyraża to architektura: do kompleksu prowadzą cztery wejścia z czterech stron świata. Te same dla kobiet i mężczyzn.

Magicznie wygląda Złota Świątynia po zmroku. Podświetlony budynek, cały ze złota, unosi się niemal pośrodku świętej sadzawki, która go otacza. Most, łączący ją z brzegiem wypełnia kolejka wiernych i turystów, cierpliwie czekających na możliwość wejścia do środka. Wejść może każdy, niezależnie od wyznania i płci, nie ma też segregacji wewnątrz świątyni, co najdobitniej wyraża założenia tej religii.

Co wieczór ma także miejsce bardzo malownicza ceremonia wynoszenia Pani Księgi – najświętszej księgi sikhów – ze Złotej Świątyni. Niezwykła rzecz – jest ona również uznawana za ostatniego, Jedenastego Guru. Przez cały dzień stoi ona na centralnym miejscu w Złotej Świątyni, gdzie się ją odczytuje. Na noc przenoszona jest do pomieszczenia w budynku obok, aby następnego ranka znów znaleźć się w świątyni. W czasie przenoszenia Pani Księgi milkną śpiewy, które cały czas wypełniają kompleks, a Księga w uroczystej procesji wędruje w specjalnej, również złotej lektyce, ze Złotej Świątyni do budynku obok. Można podejść bardzo blisko całego obrzędu, a nawet filmować i robić zdjęcia.

Atmosfera tego miejsca była dla mnie tak kojąca, że byłam tam aż trzy razy. Zresztą sam Amritsar poza Złotą Świątynią nie ma zbyt wielu atrakcji, co mi akurat specjalnie nie przeszkadzało.

Mój znajomy wybrał się jeszcze na granicę indyjsko-pakistańską. W pobliżu Amritsaru znajduje się jedyne miejsce, gdzie można zobaczyć słynne popisy gwardii reprezentacyjnych obu państw. Mnie takie przedstawienia nie bardzo kręcą, biorąc pod uwagę, że ich tłem jest toczący się od wielu lat zażarty konflikt między tymi państwami. Chętnych na taką wyprawę jednak nie brakuje, a „wycieczkę” można kupić wprost na ulicy.

Amritsar
Złota Świątynia to jedno z niewielu miejsc, gdzie chciałam zdjęcie. Niezwykła atmosfera tego miejsca sprawiała, że mogłabym tam spędzić cały dzień.

Zostałam więc w Amritsarze, żeby chłonąć atmosferę tego miejsca. Przeszłam się też trochę w okolicy świątyni i otaczających ją uliczek. Niestety tak jak wcześniej w Delhi, tak i tu, choć w dużo mniejszym stopniu, ale jednak ciągle widząc samotną kobietę miejscowi dosyć natarczywie zaczepiają. Tutaj byli to co prawda głównie sprzedawcy, w Delhi zdarzało się różnie.

Co warto zobaczyć jeszcze w Amritsarze?

Poza Złotą Świątynią warto na pewno odwiedzić też park Jallianwala Bagh, który znajduje się niedaleko kompleksu świątyni. W tym miejscu upamiętniono ofiary masakry, jaka miała miejsce 13 kwietnia 1919 roku, kiedy brytyjska armia otworzyła ogień do nieuzbrojonych demonstrantów. Wśród nich było wiele osób, które świętowały akurat Baisakhi, obchody sikhijskiego nowego roku. Zginęło wtedy 300 osób, rannych zostało ponad 2,5 tysiąca.

Park Jallianwala Bagh, upamiętniający ofiary masakry dokonanej przez brytyjską armię w 1919 roku. Dostępna jest tam ekspozycja prezentująca przebieg i okoliczności tego tragicznego wydarzenia

Te dwa miejsca łączy przestronny, piękny deptak, przy którym wyróżnia się niewielki, intensywnie błękitny budynek hinduistycznej świątyni.

Wizyta w Amritsarze była przyjemnym odetchnieniem od gwaru, tłoku i brudu. Dobre miejsce po chaotycznym Delhi i przed daleką drogą wszerz subkontynentu.


Share: