Jacy są ludzie w Iranie?

To pytanie często pojawia się w kontekście kraju, o którym tak niewiele wiadomo. Przytoczę więc kilka historii z mojego wyjazdu, które mam nadzieję coś więcej powiedzą Wam o mieszkańcach Iranu.

Tuż po moim przylocie, na stacji metra przy lotnisku, mając głowę nabitą przeczytanymi w internecie rewelacjami, o tym jak to samotne kobiety powinny podróżować metrem tylko w przedziałach WOMEN ONLY, miałam niemałą zagwozdkę.

Zwyciężył zdrowy rozsądek, a potem śmiałam się z samej siebie. Otóż na peronie oprócz mnie była jedna młoda dziewczyna, para koło sześćdziesiątki i dwóch młodych mężczyzn. Nie byłam pewna co do tego jak mogę dotrzeć na dworzec, gdzie się przesiąść itp., więc zapytałam tej dziewczyny. Jako, że ponoć według miejscowych zwyczajów, kobieta powinna zwracać się do innej kobiety.

Założyłam, że starsze pokolenie angielskiego pewnie nie zna. Niestety dziewczyna albo nie mówiła w tym języku, albo nie chciała ze mną gadać. Stanęłam więc przed groźbą utknięcia w przedziale z osobą, która mi nie pomoże. Z myślą „raz kozie śmierć” szybko wysiadłam i przesiadłam się do przedziału obok, gdzie była pozostała czwórka: para i dwóch facetów. Nie mając za wielkiego wyboru, zapytałam jednego z nich o stację. Wyglądał jakby był w szoku, że obca kobieta o coś go pyta, lub że pyta cudzoziemka. Starał się sklecić jakąś odpowiedź, może zebrać myśli.

Po chwili już cała czwórka debatowała nad moją stacją, a w ogóle to okazało się, że starszy pan całkiem nieźle mówi po angielsku. I wtedy potwierdziło się to, o czym czytałam na blogach: starsza para niejako tymczasowo mnie zaadoptowała, uwalniając tym samym zapytanego mężczyznę z być może niezręcznej dla niego sytuacji. Zrobili to w tak naturalny i oczywisty sposób. Jakby jeździli tym metrem codziennie, aby pomagać samotnym turystkom 🙂

Deptak w Isfahanie.

Oczywiście pytali gdzie jadę i doradzali gdzie wysiąść. Ja w tzw. międzyczasie skontaktowałam się ze znajomą, która już czekała na mnie w Isfahanie i podzieliłam się nowiną, że jadę metrem, a nie taxi i że lepiej mi będzie złapać autobus z dworca południowego (Jonoob), co stanowczo mi odradzała. I tak, z jednej strony miałam miejscowych, którzy pewnie doskonale znają miasto. Z drugiej znajomą, która wie na jakie problemy może się natknąć ktoś, kto dopiero wylądował, a chce jak najszybciej złapać autobus. Zdecydowałam, że skoro już zrobiłam po swojemu biorąc metro a nie taxi (co trochę wydłużyło moją podróż, aczkolwiek dzięki temu wydałam znacznie mniej), to pójdę za jej radą co do drugiej kwestii i pojadę na Arjantin – bardziej oddalony od lotniska dworzec.

Starsza para towarzyszyła mi cały czas, nie mam pojęcia, czy rzeczywiście jechali tak daleko, czy po prostu zdecydowali, że nie mogą mnie zostawić, co jakoś szczególnie by mnie nie zdziwiło. Pan napisał nawet informację dla kierowcy taxi, którą musiałam złapać, żeby dowiozła mnie od stacji metra do dworca. To było pierwsze zetknięcie z miejscowymi, a potem było już tylko lepiej.

Na Arjantin autobus złapałam od razu, miałam szczęście, bo właśnie odjeżdżał, a następny był za pół godziny. Dostałam miejsce zaraz za kierowcą, w rzędzie z pojedynczymi siedzeniami. Dla jednego z kierowców, który akurat nie prowadził, byłam niesamowitą atrakcją. Stwierdziłam, że chyba muszę przywyknąć do tego. W końcu ja jestem dla nich egzotyczna z dokładnie tego samego powodu, dla którego działa to w odwrotną stronę. I nie chodzi o fakt, że jestem samotnie podróżującą kobietą, bo to, jak się później przekonałam w Iranie nie należy do rzadkości. Chodzi o to, że jestem z Zachodu, a to działa jak magnes – wiadomo, zakazany owoc. Ale co ważne, miejscowi okazywali ciekawość w bardzo stonowany i przyjazny, czasami zabawny dla mnie sposób. Jak ten kierowca, który zerkał na mnie co jakiś czas i śmiał się, kiedy kręciłam filmy po drodze.

Podczas całego mojego pobytu zdarzało się, że ktoś podchodził, pytał skąd jestem, czy podróżuję sama i jak mi się podoba Iran. Prawie zawsze były to bezinteresowne pytania ludzi, którzy są po prostu ciekawi przyjezdnych. Jedynie w Isfahanie na placu Imama przy okazji takich pytań byłam dosyć intensywnie zapraszana do sklepów z dywanami lub szafranem – wiadomo, jest to jedno z najbardziej turystycznych miejsc w Iranie. Ale i tak, w porównaniu z Turcją czy Marokiem, gdzie miałam okazję również być, tutaj handlarze są dużo bardziej stonowani. Można powiedzieć, że jak patrzą na turystę, to jeszcze widzą człowieka, a nie tylko i wyłącznie chodzące pieniądze.

Irańska rodzina w Jaździe. Jadłam kolację w prowadzonej przez nich małej restauracji i kiedy robiłam zdjęcia pięknego dziedzińca, stwierdzili, że muszę mieć zdjęcie także z nimi

Kiedy mówiłam chłopakom od razu, że nic u nich nie kupię, bo podróżuje z plecakiem, a Esfahan jest pierwszym miejscem na mojej trasie, to i tak zapraszali „tylko na herbatę”. A w drugi dzień mojego pobytu w tym mieście, kiedy znowu zawędrowałam w okolice Meczetu Szacha, powitali mnie „Hello Aleksandra”. „No świetnie” pomyślałam. Jeszcze dzień w tym mieście a już będę niczym miejscowa.

Z kolei wyjeżdżając z Jazdu trafiłam na śpiewającego taksówkarza, który w ten sposób wyrażał swoją miłość do turystów… Dzięki nim wielu miejscowych zarabia więcej niż normalnie, a miasto przeżywa swego rodzaju rozkwit. Chwilę później, na dworcu autobusowym w tym samym mieście, kiedy czekałam już na autobus do Szirazu, podszedł do mnie jeden z naganiaczy, który wcześniej kręcił się niedaleko, wykonując swoją pracę. Standardowo, zapytał skąd jestem, a potem chciał zobaczyć zdjęcia z Polski. Niestety, mój dysk był wyczyszczony do spodu, jako, że każdy megabajt jest cenny w trakcie takiej wyprawy. Jeśli więc chcecie się dobrze przygotować na podróż do Iranu, warto mieć na telefonie chociaż kilka zdjęć z Polski. Miejscowi, szczególnie ci starsi, być może nieposługujący się biegle nowoczesnymi urządzeniami, często o to pytają.

W Szirazie zaraz po moim przyjeździe, kiedy szukałam czegoś do jedzenia co nie byłoby fast foodem „przykleił” się do mnie młody chłopak. Jak się potem okazało jest studentem prawa i ma na imię Arya. Widząc, że się rozglądam, zagaił „hello”. Ja co prawda nie byłam w nastroju bardzo kontaktowym, co chyba dosyć mocno okazałam, ale pomyślałam sobie: „No dobra, chcesz gadać po angielsku, to zaprowadź mnie gdzieś, gdzie dają dobre jedzenie”. Ponieważ był to piątek wieczór, sporo miejsc było pozamykanych. Ale znaleźliśmy w końcu jakiegoś kebaba. Było dosyć oczywiste, że jestem dla spotykanych ciekawostką, do czego dosyć szybko przywykłam. Sziraz jest dużym miastem, gdzie turyści dosyć się gubią w tłumie. Są mniej widoczni niż w Jaździe czy Isfahanie.

Mój nowo spotkany znajomy poczuwał się do obowiązku, żeby pokazać mi swoje miasto, co w sumie było nie takie złe. Dzięki temu chwile później weszłam do mauzoleum Shah-e Cheragh. Myślałam, że nie będzie to możliwe, ponieważ przewodnik podawał informację, że wpuszczani są tylko muzułmanie. A miejsce jest warte zobaczenia, szczególnie wieczorem. Następnego dnia Arya stwierdził, że ma wolne i może mnie jeszcze oprowadzać. Mój dysk był totalnie wypchany fotografiami, więc jego pomoc przydała się w poszukiwaniu kafejki internetowej, co wcale takie proste nie było.

Mauzoleum Szah-e Czeraq, do którego pewnie bym nie weszła, gdyby nie nowy znajomy…

Koniec końców poznanie miejscowego było bardzo ciekawą sprawą. Pozwoliło mi trochę poznać jak myśli Irańczyk, który nie miał okazji zobaczyć zagranicy. Od razu można zauważyć ich ciekawość świata, ale przebija się też coś, co zapewne jest efektem propagandy: wizja świata zachodniego, w którym nie dzieje się dobrze.

Tok myślenia jest mniej więcej taki: Europa nie jest miejscem bezpiecznym. Ot chociażby protest żółtych kamizelek, faktyczna lub wyrwana z kontekstu brutalność policji w jego trakcie, kradzieże, gwałty… A „u nas” jest bezpiecznie, nasze państwo dba o nas. Gdyby nie to, że wszyscy są przeciw nam, byłoby jeszcze lepiej, bylibyśmy silnym państwem. Nasuwają Wam się jakieś skojarzenia?

Ostatniego dnia w Isfahanie, w autobusie miejskim próbowałam dopasować nazwy z przewodnika, do nazw na mapie. Widząc to siedząca obok dziewczyna, jak się okazało studentka turystyki, sama zaoferowała pomoc. Chwilę później, kiedy już dotarłam do mostu Khaju (Chodżu) zostałam zagadnięta przez dwie zadziorne nastolatki o Instagram. Chyba każdego prosiły o „follow”, bo miały po kilka tysięcy obserwujących.

Instagram jest jednym z najbardziej popularnych portali społecznościowych w Iranie, ponieważ jest legalny. Aczkolwiek z blokowania Irańczycy niewiele sobie robią, używają nagminnie zabronionego Facebooka i Messengera. Generalnie zauważyłam, że podejście do przepisów prawa jest głównie takie: wszystko wolno, tylko dyskretnie. No i wiadomo, że nie wolno zbytnio narazić się władzy.

W Iranie brak dyskotek czy pubów. Kawiarnie stają się więc coraz popularniejsze.

Jeśli chodzi o spędzanie wolnego czasu młodzi Irańczycy mają bardzo ograniczone możliwości. W każdym mieście funkcjonuje jakiś miejsce spotkań, w Isfahanie są to słynne mosty, tętniące życiem szczególnie po zmroku. W Szirazie takim miejscem są okolice twierdzy Karim Hana. Jednym z miejsc, gdzie można wyjść są kawiarnie, gdzie uwielbiają przychodzić uczennice szkół średnich i studentki. Zdecydowanie mniej jest ich kolegów, którzy wolą spędzać czas na wolnym powietrzu.

Ogólnie rzecz biorąc, ludzie to jeden z największych skarbów Iranu. Niezwykle pomocni, serdeczni, jednocześnie nienarzucający się, taktowni w zupełnie naturalny sposób. Nawet sprzedawcy na bazarze, czy oferujący wycieczki w biurach turystycznych lub hotelach nie są nachalni, tak jak w wielu krajach regionu. Szacunek do drugiego człowieka wśród zwykłych ludzi to jest coś, za co ten kraj zyskał mój szczególny sentyment.

Share: