Urfa – prastare miasto proroków

Co prawda głównym celem mojej podróży było Göbekli Tepe, a po Urfie spodziewałam się raczej takiej tureckiej Częstochowy lub Fatimy, jednak miasto to wywarło na mnie niesamowite wrażenie. Koniec końców było odkryciem… Ale po kolei.

Dojazd do Urfy

Przyjechałam rankiem, po 13 godzinach spędzonych w autokarze z Alanyi. Niby męczące, ale perspektywa odwiedzenia okolicy mocno dodawała energii. Jeszcze w Alanyi na dworcu załapałam się na pożegnanie gości z kurdyjskiego wesela – głośne i malownicze. Część z nich podróżowała tym samym autokarem co ja. Docelowo jechał do Diyarbakir, jeszcze kilka godzin dłużej…

Tureckie autobusy to dosyć specyficzne „miejsce”. Te dalekobieżne są bardzo komfortowe, choć chyba nic nie pobije irańskich… Są oczywiście rozkładane siedzenia i klimatyzacja oraz monitory przy każdym siedzeniu, dzięki którym można zabić czas… W autokarze zwykle podaje się herbatę i coś słodkiego, a w wyznaczonych miejscach są przerwy – po turecku „mola”. Te ostatnie to swego rodzaju świętość – także dla kierowców.

I jeśli spodziewacie się przystanku na stacji benzynowej, to jesteście w wielkim błędzie. Otóż przy trasach są specjalne miejsca, czasem wypasione kompleksy postojowe z parkingami dla autokarów i toaletami, zwykle bezpłatnymi, ale także restauracjami i sklepami. I tak, owszem, ceny są w nich często wysokie, no ale cóż… kiedy jedzie się 14 godzin ciepły posiłek jest kuszącą opcją. Postój na takiej moli trwa zwykle pół godziny i to jest coś, co zawsze mnie denerwowało, bo przy długiej podróży, kiedy przerw jest co najmniej dwie, droga wydłuża się o minimum godzinę. Niestety – takie są miejscowe zwyczaje. Turcy nie lubią się śpieszyć, szczególnie kiedy jedzą 🙂

Kiedy minęliśmy Gaziantep i zrobiło się już jasno, kierowca zatrzymał się na śniadaniową molę. I tu już dotarło do mnie: tak, jesteś w Kurdystanie. Bo nagle okazało się, że to ja jestem egzotyczna i wyróżniam się z tłumu, a fakt, że podróżuję sama jest już zupełnie nie do pojęcia, co objawiało się bacznym obserwowaniem mnie przez miejscowych.

A oni, a jeszcze bardziej one, też były dla mnie czystą egzotyką. Tradycyjne ubiory, ale bynajmniej nie ciemne czadory. Kurdyjskie kobiety ubierają się kolorowo. Bardziej przypominały mi Cyganki niż tradycyjne muzułmanki, zwykle noszące się na czarno. Niestety wszystkie pojechały do Diyarbakir. To zresztą sprawiło, że miasto to pojawiło się na mojej liście do odwiedzenia 🙂

Urfa – dworzec autobusowy

Od razu szczęka mi opadła bo nie tego się spodziewałam. No cóż – podróże kształcą i często łamią stereotypy. A więc dworzec: nowiutki i nowoczesny. Również pod względem architektury. A dodatkowo z pięknym widokiem na nową część miasta. Sama Urfa jest spora – statystyki podają ok 450 tys. mieszkańców. Widać, że rozwija się dosyć prężnie – dużo nowych i dopiero powstających budynków, a stara część miasta jest ładnie utrzymana i w dużej części odrestaurowana.

Dworzec autobusowy - Urfa
Dworzec autobusowy w Urfie lśni nowością.

Piszę „Urfa”, chociaż na mapach znajdziecie nazwę „Şanlıurfa”, przedrostek „Şanlı”, oznaczający „wspaniały, zwycięski” został dodany dopiero w 1984, kiedy turecki parlament zadecydował w ten sposób upamiętnić opór miasta w wojnie niepodległościowej 1919-1923. Jednak większość mieszkańców regionu używa starej nazwy bez przedrostka.

Hostele w Urfie

Hostele Urfa
Moja miejscówka w Urfie – Aslan Guesthouse, urządzona w domu rodzinnym gospodarza.

Przy pomocy miejscowego udało się złapać jakiś autobus miejski, jadący w stronę centrum. Stamtąd już pieszo do mojego hostelu, który wcale nie tak łatwo przez internet było znaleźć. Chociaż może inaczej: znaleźć było łatwo, bo było to jedno z dwóch miejsc dostępnych na hostelworld.com. Zdecydowałam się na nie także ze względu na informację, że organizują transport do Göbekli Tepe, a to przecież był główny cel mojej podróży. Przy tak krótkim pobycie nie mogłam ryzykować, że tam nie dotrę. Na miejscu jeszcze potwierdziłam, że na następny dzień chcę jechać do Göbekli Tepe, nawet, jeśli nikt inny się nie dopisze (jeśli jedzie kilka osób to koszty transportu rozkładają się).

Hostel okazał się kamiennym, tradycyjnym tureckim domem, z dziedzińcem pośrodku, zacienionym pnączami. Przeurocze miejsce i bardzo przyjaźni ludzie, a co najważniejsze gospodarz mówi po angielsku – nie tak znowu częste w Turcji. Generalnie polecam Aslan Guesthouse, szczególnie dla plecakowych turystów. Na miejscu można oprócz pokoju wykupić wyżywienie: śniadanie i obiadokolację. No i jest stamtąd tylko 10 minut piechotą do Balikligol, czyli z tureckiego: jeziorka rybnego. Skąd ta nazwa? Znajdziecie w dalszej części tekstu. Po załatwieniu wszystkich formalności poszłam odkrywać „miasto proroków”.

Będąc już zapoznana z legendami dla turystów, przybywających do słonecznej Alanyi, stwierdziłam, że Turcy są mistrzami w tworzeniu historii i odpowiednim ich sprzedawaniu. Bo opowieść o Abrahamie, wystrzelonym z katapulty, dla mnie jest prawie jak z kreskówki. Zaś przybywający do miasta pielgrzymi zdają się traktować ją całkiem poważnie, a wypasione karpie są najlepszym tego dowodem.

Balıklıgöl – niezwykłe jezioro rybne

Dla niezorientowanych krótko przytoczę najbardziej znaną legendę z miasta proroków: o Abrahamie, który według miejscowych pochodził właśnie z tego miasta. Otóż kiedy wspomniany patriarcha, zaczął wyznawać wiarę w jedynego Boga i niszczyć przy tym posągi miejscowych bóstw, panujący wtedy w Babilonii król Nemrod rozkazał go zabić. Rozpalono dla Abrahama ogromny stos, gdzie miał zostać strącony ze wzgórza, na którym stoi twierdza. Ponieważ jednak ogień był tak wielki i gorący, że nikt nie chciał się do niego zbliżyć, zbudowano katapultę, z której wystrzelono Abrahama w płomienie.

Niektórzy dodają, że to Szatan pokazał sługom Nimroda, jak ową katapultę zbudować… Jednak kiedy Abraham spadał, Bóg zamienił płomienie w wodę, a rozpalone drwa w ryby, które po dziś dzień pływają w stawach, dokarmiane przez pielgrzymów i turystów. Są to oczywiście święte ryby, a jakżeby inaczej… Ich zjedzenie ponoć grozi ślepotą i innymi jeszcze mniej przyjemnymi rzeczami… Chyba więc nikt nie próbował.

Jaskinia narodzin Abrahama – część dla kobiet.

Abraham nie tylko został tu uratowany od męczeńskiej śmierci, ale także według innej legendy urodził się w pobliskiej jaskini, która zresztą również jest miejscem pielgrzymek. Można do niej wejść, znajduje się na terenie meczetu Mevlid-i Halil (inna nazwa Dergah Camii). W środku jest sadzawka z wodą, nie muszę chyba dodawać, że świętą i mającą cudowne właściwości. Tą samą wodę można nabrać również z kraników, zamontowanych na ścianie jaskini – podobne rozwiązanie zastosowano w jakże odległej Fatimie 🙂

Co mnie uderzyło w tym popularnym miejscu pielgrzymkowym, to brak kiczowatości. Mimo niewiarygodnych legend nie znajdziecie tutaj na przykład straganów z dewocjonaliami – nieodłącznego elementu wszelkich katolickich świętych miejsc. Wszystko jest bardzo ładnie utrzymane. Wszędzie pełno zieleni – tak rzadkiej w tym regionie – a pielgrzymujący są w nastroju raczej piknikowym. Pełno zresztą w parku, otaczającym Balıklıgöl (czyli staw ze świętymi karpiami) restauracji, ławeczek, stoisk z lodami, herbatą czy przekąskami. Uderza panujący tu spokój, który po szaleństwie i pośpiechu kurortów Riwiery Tureckiej, działał na mnie bardzo kojąco.

Balıklıgöl. Widać nawet wypasione święte karpie. Dobrze im tutaj 🙂

Generalnie wszystkie miejsca są bardzo dobrze pooznaczane, więc łatwo się zorientować w okolicy. Na spokojne zwiedzenie całego kompleksu wystarczy 3-4 godziny, aczkolwiek trzeba mieć na uwadze, że w czasie modlitwy do żadnego meczetu nie wejdziemy.

Powyżej wznosi się wzgórze z monumentalną twierdzą na szczycie. Z niego, jak głosi wspominana legenda, miał zostać strącony Abraham, aby spłonąć na stosie. Twierdza natomiast została zbudowana przez krzyżowców. Niestety do środka nie udało mi się wejść, ponieważ akurat była nieczynna, natomiast warto nawet przespacerować się wzdłuż murów.

Również w starej części miasta znajduje się spory kryty bazar z czasów Sulejmana Wspaniałego. I to jest bazar z prawdziwego zdarzenia, tętniący życiem, gdzie miejscowi robią zakupy, a na turystów patrzy się jak na przyjezdnych, a nie chodzące pieniądze 😉 Nawet jeśli nic nie chcecie kupować warto się tam wybrać, żeby pooglądać malownicze alejki i rzemieślników przy pracy.

Ja zapuściłam się jeszcze dalej, ponieważ chciałam zobaczyć Ulu Camii – Wielki Meczet. Nie ze względu na nazwę, ale historie z nim związaną. Jest bardzo wiekowy, bo wybudowano go w 1191 na rozkaz samego Saladyna. Ale nie to jest najciekawsze. Otóż według znawców tematu, został wybudowany na miejscu wcześniej istniejącej bizantyjskiej świątyni, a jego minaret wtedy był dzwonnicą. Pamiętacie twierdzę na wzgórzu, z którego wieki wcześniej Abraham leciał na stos? Była to twierdza krzyżowców, kiedy miasto było stolicą założonego przez nich na podbitych terenach Hrabstwa Edessy. Samo miasto również nosiło wtedy nazwę Edessa, nadaną mu w czasach osadnictwa greckiego po wyprawach Aleksandra Macedońskiego. Natomiast w języku armeńskim jego nazwę wymawia się jako Urhai, a w języku syriackim – Urhāy. Stąd prawdopodobnie wzięła się późniejsza Urfa.

Miasto było jednym z pierwszych ośrodków chrześcijańskich, na początku III wieku na chrześcijaństwo nawrócił się władca Edessy – Abgar IX, dzięki czemu właśnie ta religia rozkwitała w regionie. Tutaj według legendy przechowywano Mandylion – wizerunek Chrystusa „nie ludzką ręką uczyniony”.

Mogę tylko dodać do wszystkich tych legend, że Urfa, czy Edessa była pierwszym miastem założonym po potopie. I nawet jeśli to nieprawda, to ślady tutejszego osadnictwa giną w mrokach historii, o czym możecie się przekonać odwiedzając tutejsze Muzeum Archeologiczne. O nim właśnie będzie kolejny wpis.

Share: