Varanasi – miasto, którego zrozumieć się nie da

Często można spotkać się z opinią, że jest ono kwintesencją Indii. Niewątpliwie coś w tym jest, chociaż cały subkontynent jest przecież ogromny i dosyć zróżnicowany. Dotychczas dane mi było zobaczyć tylko niewielki fragment północy i po tych wszystkich miejscach, gdzie dotarłam, zgadzam się w pełni z tą opinią.

Varanasi – święte miasto Hinduistów

Jest ponoć jednym z najstarszych, niektórzy twierdzą, że najstarszym miastem na Ziemi. Według hinduskich legend, Varanasi zostało założone przez boga Śiwę. Ponoć trójząb, który jest symbolem tego boga, ciągle spoczywa pod miastem, stanowiąc o jego wyjątkowości i świętości. Natomiast najstarsze do tej pory odnalezione ślady osadnictwa datuje się na XVIII w. p.n.e.

Nieopodal znajduje się miejsce, gdzie Budda miał wygłosić swoje pierwsze kazanie. Oczywiście jest ono święte dla buddystów. A dlaczego Varanasi jest tak ważne dla hinduistów? Jest to miejsce szczególne, ponieważ założył je sam Śiwa. Ma więc wyjątkowy status.

Śiwa w Varanasi
Pod miastem spoczywa ponoć trójząb Śiwy, co stanowi o wyjątkowości tego miejsca.

Ale jest jeszcze coś. Wyznawcy hinduizmu wierzą, że kiedy ciało zostanie spalone na stosie w tym mieście, a prochy wrzucone do świętej rzeki Ganges, dusza wyrywa się z cyklu wcieleń, samsary, i osiąga stan mokszy, czyli wyzwolenia. Ludzie pielgrzymują tu więc nie tylko po to, żeby obmyć się o wschodzie słońca w Gangesie. Wiele osób przyjeżdża tu, żeby umrzeć.

Dla nas brzmi to absurdalnie, niemal makabrycznie, ale kiedy zastanowić się nad wierzeniami, jest to całkiem logiczne. Miasto, a właściwie okolice rzeki, pełne jest więc starych i schorowanych osób. Cześć z nich, tych bardziej zamożnych, może sobie pozwolić na wynajęcie droższego lub tańszego lokum. Są tu specjalne miejsca, coś w rodzaju naszych hospicjów, gdzie mieszkają oczekujący na śmierć. Ale nie wszystkich na to stać. Niektórym wystarczyło tylko na dojazd tutaj.

Zresztą nigdy nie wiadomo jak długo trzeba będzie czekać na śmierć… Możemy więc zobaczyć w pobliżu gathów mnóstwo staruszków, którzy siedzą, oczekując końca. Mają zwykle przy sobie malutkie miseczki żebracze. Dla osób wychowanych w zachodnim kręgu kulturowym ten widok jest bardzo szokujący i budzi odruchowy sprzeciw. Jak zresztą wiele innych sytuacji, spotykanych w Indiach. W tym mieście, szczególnie nad rzeką, w okolicy ghatów jest szczególnie duże zagęszczenie „świętych mężów”, których łatwo rozpoznać po skąpym odzieniu i często pomalowanej na biało twarzy. Jak się udało nam jednak dostrzec, niektórzy nie są tak ascetyczni, jakby się mogło wydawać.

Święci mężowie w Varanasi
Asceci w miejscach turystycnych, szczególnie w Varanasi całkiem dobrze sobie radzą z nowymi technologiami!

Jak wygląda Varanasi?

Wystarczy wspiąć się w górę po stromych schodach, aby odejść od rzeki i ghatów i zobaczyć „normalne” Varanasi. Krzątaninę, handlarzy, śpieszących gdzieś ludzi, zajętych codziennymi sprawami. Warto zapuścić się w uliczki starego miasta, niedaleko rzeki jest część targowa, gdzie w razie potrzeby można zrobić zakupy.

Mi tutaj właśnie udało się zrobić sobie hennę, wcześniej nigdzie nie miałam na to czasu. Salon piękności był w zwykłym domu, więc miałam okazję zobaczyć, jak żyją Hindusi. To chyba była niższa klasa średnia. Dom ubogi i średnio czysty, ale dom w naszym rozumieniu tego słowa. Córka „kosmetyczki”, lat 8 uczęszczała do szkoły i znała kilka słów po angielsku. Była z siebie bardzo dumna, że może porozmawiać z zachodnią turystką, ba! Służy za tłumaczkę dla swojej mamy! Kiedy już henna została nałożona na moje dłonie, gospodyni zaczęła mi pokazywać swoje zdjęcia, równocześnie rozmawiać ze znajomymi i klikać na portalach społecznościowych. Internet i smartfon jest w Indiach powszechniejszy niż dostęp do bieżącej wody i toalety. Zresztą darmowy dostęp do internetu jest na dworcach kolejowych i w budynkach użyteczności publicznej. Jest oczywisty. Kolejna rzecz, która nas szokuje: lepianka i smartfon.

Swięte krowy czują się w Varanasi komfortowo. Zresztą jak w całych Indiach 🙂

Ganges – centrum Varanasi

To święta rzeka matka i bogini. Jest źródłem życia i wyzwolenia od cierpień. Wydawałoby się, że jako święta, będzie traktowana w sposób szczególny. I jest. Ale pojęcie sacrum dla nas ma zupełnie inne znaczenie, jak w Indiach. Bo tutaj wierzy się w moc Gangi. Ona daje życiodajną wodę i zabiera doczesne szczątki. Przyjmuje do siebie brud i grzechy. Oczyszcza, sama pozostając czystą. To ostatnie jest kwestią sporną, jednak faktem jest, że przybywający tam Hindusi piją wodę wprost z rzeki. Jednej z najbardziej zanieczyszczonych rzek świata. I nic.

Na cześć rzeki co dwa razy dziennie odprawiane są przez grupy kapłanów specjalne rytuały, tzw. Aarti Ganga. Są bardzo widowiskowe, fragment możecie zobaczyć na filmie. Strój kapłanów różni się w zależności od ghatu. Po odprawieniu ceremonii, zgromadzeni są skrapiani wodą Gangesu, potem składają ofiarę rzece – malutkie łódeczki z płatkami kwiatów i małymi świeczkami. Oczywiście wszystko to święta matka przyjmuje do siebie…

Trochę dalej znajdują się ghaty, które budzą największe, powiedziałabym nawet niezdrowe zainteresowanie wśród zachodnich turystów – ghaty pogrzebowe. Całą dobę płoną tam na stosach drewna ciała zmarłych, którzy albo tu dotarli przed śmiercią, albo ich rodzina zorganizowała transport. Sam pogrzeb na ghatach jest ponoć bardzo drogi, więc nie każdy może sobie na niego pozwolić.

Trzeba przede wszystkim zakupić odpowiednią ilość drewna, różnego w zależności od zasobności portfela. Drewno jest ważone, potem układane w stos. Równocześnie może płonąć ich obok siebie kilka, kiedy któryś się dopala, szczątki zmarłego są zbierane i wrzucane do świętej rzeki, a następnie układane jest ciało, które już czeka w kolejce. Całą ceremonią zajmują się ludzie z kasty nietykalnych, tylko oni mogą wykonywać takie prace. W ciągu doby może spłonąć kilkaset, ale biorąc pod uwagę wielkość kontynentu, to mały procent. Nie każdy dostępuje tego zaszczytu.

Ważenie drzewa w Varanasi
Drewno na stosy pogrzebowe jest ważone przed ułożeniem. Obrzędami zajmują się wyłącznie osoby z kasty nietykalnych. Myli się jednak, kto uważa, że źle sobie radzą. Pogrzeb, szczególnie w Varanasi, to rzecz, za którą sporo się płaci.

Idąc nad rzekę i myśląc o stosach pogrzebowych tkwiło mi w głowie jedno: czy dam radę? I nie chodziło tu o sam widok, chociaż nad tym też się zastanawiałam. Bardziej myślałam o swędzie palonych ciał. Szczególnie osobom z naszego kraju przywodzi on na myśl jednoznaczne skojarzenia. I kolejny raz Indie mnie zaskoczyły. Okazało się, że zapach był prawie niewyczuwalny. A przynajmniej w porównaniu ze wszystkimi innymi unoszącymi się wokoło woniami… szczególnie wszędobylskim, zapachem odchodów świętych krów 🙂

Co najbardziej uderzyło mnie w świętym mieście? Nie ghaty, nie stosy, nie tłumy i święte krowy. To była jedna scena, pierwszego wieczoru, kiedy wybraliśmy się nad rzekę. Okazało się, że w mieście akurat trwa jakiś festiwal poświęcony Śiwie. Na rozłożonej specjalnie na tej okazji scenie wcześniej trwały jakieś obchody, a teraz w rytm dudniącej muzyki, która mi przywodziła na myśl najdziksze imprezy techno buszowały dzieciaki w rytm stroboskopów. Kilka metrów dalej płonął stos pogrzebowy. Ta scena chyba najlepiej oddaje Varanasi: miasto, w którym obok siebie, splecione ze sobą są życie i śmierć.

Share: